Sidorów¹- majątek dziedziczny mojej rodziny- to najdroższe mi
miejsce na ziemi. Tu urodziłem się przed 75 laty, tu po raz pierwszy spojrzałem
zafascynowanymi oczyma na olbrzymie jodły stojące przed frontem naszego
parterowego, (15 pokojowego) dworu, tu poczułem po raz pierwszy smak tajemnicy:
tajemnicy historii, która m.in. personifikowały małe popiersia artystów i
pisarzy antyku, renesansu i romantyzmu. Kim są ci panowie, z jakich mroków
pradziejów wyłania się np. ślepy Homer, co znaczy młodzieńcza twarz lorda
Byrona, już nam tak bliska, ale przecież oddalona jeszcze w czasie o ponad 100
lat? Kiedyś dowiem się, że ten rząd popiersi sławnych ludzi stojących na półce
nad kanapą w jadalnym pokoju - to figurki, jakie były natchnieniem dla
pracującego nad ich tekstami mego pradziadka, Adama Pajgerta (1829-1872)
obcującego stale w ciągu swego niedługiego życia z literaturą antyku greckiego
i rzymskiego - oraz literaturą anglojęzyczną.
Pradziadowie autora - Adam Pajgert i jego żona, Helena z Rozwadowskich
Helena jako wdowa z dziećmi - od lewej Władyslaw, Jan, Tekla (Kuczyńska) i Kornel
Ale świat mojej dziecięcej
tajemnicy przekraczał progi jadalnego pokoju. Obejmował przede wszystkim nasz
pokój dziecinny, pokój dla naszych kolejnych pań guwernantek, które uczyły nas
prywatnie programu szkoły podstawowej, pokój służących, ale nade wszystko
kancelarię ojca i bibliotekę stanowiącą część księgozbioru odziedziczonego po
wspomnianym Adamie² i jego ojcu Józefie-Kalasantym (1798-1848)- też człowieku
pióra wspominanym nawet w dzisiejszych ukraińskich przewodnikach turystycznych
po Podolu.
Józef Kalasanty Pajgert - pra-pradziadek autora
Już jako dziecko zawsze wzruszony chłonąłem przede wszystkim piękno
przyrody. Ona otaczała mię kręgiem stałej i niepowszedniejącej niezwykłości,
przede wszystkim swoją wielkością, mnogością swych form, kolorów, dźwięków,
zapachów. Ona napełniała pokojem, beztroską, ona przemawiała cichym, ale dobrze
słyszanym przez uważnego obserwatora szeptem: "Chodź zobacz jak piękne są
kwiaty, liście pochylone pod ciężarem spoczywającego na nich kolorowego
motylka, modrej, czy zielonej ważki. Popatrz na to piękno i bogactwo - ono jest
dla ciebie".
O wspaniała poezjo lat dziecinnych, o hymnie życia, który płynie przez
dziecięce oczy, usta, uszy, o wielki budzicielu tęsknoty za nieskończonością i
pełnią niewyrażalną, a przecież obecną w każdym wybiegnięciu na ogród, w każdym
konnym czy rowerowym spacerze po ojcowskich łanach, w każdym wschodzie słońca
(od strony parku angielskiego i wsi), w każdym jego zachodzie (od strony pól,
sadów i lasków).
Dwór i jego obejście bliższe: oficyna, kurnik, warsztaty: stolarnia,
kuźnia, oraz obejście dalsze: stajnia cugowa, stajnia fornalska (ponad 50
koni), stajnia bydlęca, spichlerz, wiata dla maszyn rolniczych itd. leżały w
dolinie i na dwóch jej stokach. Dwór z gankiem od frontu zwróconego na północ,
z dużą tarasą od strony wschodniej, z rzędem pokoi zamieszkałych od strony południowej, otoczony był gazonami
z kwietnymi klombami i rabatami. Naprzeciw zaś ganku - jakieś 30 m od drzwi
wejściowych biła samoczynnie (bez mechanizmu tłoczącego) fontanna wysoka na 3
do 4 m. Fontannę otaczał basen- miejsce pełne rozkoszy dla stadka domowych
kaczek, ale i dla mnie i moich sióstr w upalne dnie letnie. Kąpielą w
krystalicznie czystej wodzie(kaczuszki od rana w tych gorących dniach były
„aresztowane") nie gardził tez i nasz ojciec i letni goście, którymi byli
zazwyczaj kuzynowie Bobrzyńscy
(synowie najmłodszej siostry mego ojca i wnukowie sławnego profesora
historii, namiestnika Galicji przed I wojna światową, Michała Bobrzyńskiego),
lub młodzi Kunstetterowie (troje dzieci młodszej siostry mojej matki, Stefanii
z Trzecieskich).
Bijąca od 1898 r. dzień i noc fontanna była znakiem
szczególnym naszego dworu, a i też symbolem cichego dostatku w nim panującego.
Woda z własnego źródła, której smak podziwiali wszyscy nasi goście, okazała się
w latach już sowieckiej Ukrainy (kiedy przyjazd do Sidorowa był dla nas równie
niemożliwy, jak lot na Księżyc) woda o wartościach leczniczych. Ta woda płynęła
w domowych, stajennych i ogrodowych wodociągach, ta woda biła bez przerwy
wysoka fontanną i nikomu do głowy nie przychodziło, że to wielkie
marnotrawstwo, że to luksus sąsiadujący z dość twardym, a nawet ascetycznym
życiem mieszkańców skromnego dworu.
Szum tej fontanny, zwłaszcza letnimi wieczorami pełnymi
zapachów nasturcji, macierzanki, caprifolium, pnących powoi, był muzyką
ukojenia, był muzyką w pełni zharmonizowaną z naszą nieartykułowaną słowami
radością, że jest taki dom, że panuje w nim taki pokój serc, że w tym
niebogatym przecież dworze wszystko stoi na swoim miejscu, choć jeszcze kilka
lat wcześniej przebiegał przez to obejście pozycyjny front wojny
austriacko-rosyjskiej, a potem ziemia ta została nawiedzona inwazją Budionnego.
Pokój panujący w domu odległym o 3 km od granicy polsko-sowieckiej biegnącej
linią Zbrucza, był dziełem kochających się rodziców, a zwłaszcza matki, która
po przyjeździe z majątku swoich rodziców w Dynowie położonym nad Sanem do
majątku swego męża, ukochała to nowe miejsce jak dom rodzinny. Była z niego
dumna uczestnicząc we wszystkich radościach i smutkach męża-gospodarza. Dwie
różne, ale ziemiańskie, tradycje, w których Bóg i Ojczyzna były wartościami
żywymi i rzeczywistym natchnieniem codziennego życia, decydowały o tym pokoju
jakoś przedziwnie wyrażanym i wyśpiewanym w wieczornym szumie bijącej od lat,
codziennie, fontannie.
Młode pokolenie Paygertów - ostatnie, które w dzieciństwie i
młodości zakosztowało pokoju panującego w sidorowskim dworze, liczyło 4 osoby.
Prócz mnie były trzy moje siostry ( Małgorzata, Teresa i Zofia), którym jest
jeszcze dane patrzeć na pomyślny rozwój dzieci i wnuków rozsianych po całym
świecie. Pokolenie mego ojca urodzone u schyłku XIX wieku liczyło 3 osoby i już
dawno patrzy na Sidorów eschatologiczny, w którym fascynujące i zatrważające
tajemnice życia są już poznane lub poznawane.
Wydaje mi się, że znając, co
nieco życie tych dwóch ostatnich pokoleń, mogę powiedzieć, że dla mojego
pokolenia Sidorów był cenniejszy niż dla pokolenia mego ojca. Może dlatego, że
ojciec ojca: Kornel Paygert (po doktoracie z ekonomii na uniwersytecie monachijskim)
Kornel Paygert (1868 - 1936), dziadek autora
Emila z Bochdanów (1864 - 1952) babka autora
nie lubił gospodarstwa wiejskiego, które w pierwszych latach XX wieku,
wydzierżawił, co rozluźniło związek jego dzieci (mieszkających tam gdzie ich
ojciec dyrektorował w kolejnych oddziałach Banku Hipotecznego w Tarnopolu,
Stanisławowie i Krakowie) z dworem w Sidorowie. To mój ojciec jako inżynier
rolnictwa (dyplom inżyniera a Uniwersytecie Jagiellońskim w 1917 r.) związał
się z odziedziczonym majątkiem jako swoim jedynym warsztatem,
Józef Kalasanty Paygert (1891 - 1961) ojciec autora
a matka ze swoim
domatorstwem, z sercem, które raduje się szczęściem rodzinnego gniazda,
napełniła dwór sidorowski pokojem i niezapomnianą przez całe życie radością.
W tym domu dane mi było mieszkać na stałe tylko przez 12 lat.
W jesieni 1935 rozpocząłem gimnazjum w Zakładzie OO. Jezuitów w
Chyrowie.Również tej jesieni zaczęła swe nauki gimnazjalne moja najstarsza
siostra Jazłowcu, w gimnazjum i internacie SS. Niepokalanek. Tylko najmłodsza
siostra (ur. w 1930 r.) mieszkała na stale w Sidorowie przez wszystkie lata
swego dzieciństwa aż do inwazji sowieckiej w 1939 r.
A zatem dla często nieobecnej młodzieży dwór Sidorowie stał się w
ostatnich latach przed wojną jeszcze bardziej ukochanym i jeszcze bardziej
żarliwiej witanym domem.
Jaka to była radość, gdy wagon motorowy zwany „lux torpedą"
biegnący ze Lwowa do Zaleszczyk stawał na stacji Hadyńkowce, czy Kopyczyńce
(stolica naszego powiatu), gdzie czekał już na mnie powóz (zwykle z Tatusiem),
który mnie w ciągu 2 i ½ godziny wiózł do Sidorowa. Chłonąłem zielone,
czerwcowe pola, wiedząc, że mam przed sobą dwa pełne miesiące lata, swobody i
kontemplacji. Znużony drogą wypatrywałem stoku z ojcowskim lasem, od którego
odbijały się wieże sidorowskiego kościoła (konsekrowanego w 1716 r).
Jeszcze 3
km najgorszego odcinka drogi tzw.: "murowanki" i już zjazd ku dworowi, już
obszar fontannego szumu i Mamusia na ganku z siostrami i miłym jamniczkiem
Dżokiem by przywitać Grubego w galowym mundurku chyrowskim przyozdobionym
dopiero w czerwcu 1939 r. czerwoną tarczą. Wchodzę do swego pokoju. Łóżko,
biurko, wiele książek, umywalka, stojaczek na walizkę, na ścianie dubeltówka
(16 mm), wiatrówka i flobercik - cały arsenalik myśliwski rzadko i bez
entuzjazmu używany. Za oknem cisza, nawet bez szumu fontanny okno pokoju
wychodzi na przeciwną (południową) stronę. Pod oknem liście winogradu, a w
jadalni dużo ruchu i krzyku. Siostry pytają o to i owo i od razu stwierdzają,
że się „ nieznośnie chwalę". Mamusia uśmiechnięta. Lokaj podaje na półmisku
pierogi z wiśniami. Mamusia wie, że o tej potrawie marzyłem. Po kilku
miesiącach w kolektywie uczniowskim - własny pokój, obok pokoju sióstr. A zatem
pacierz i myśl: tyle czasu przede mną by nacieszyć się domem, ciszą, pogodą
ducha, lekturą odpowiadającą na głód intelektualny chyrowskiego licealisty,
wtedy już bardzo dobrego ucznia.
Taki mniej więcej był początek wielkich wakacji, lepszy i
smaczniejszy od wszelkich wrażeń, jakie spotkały mię np. w czasie kilkudniowej
podróży do Szwecji (koniec lipca 1936), lub w czasie o wiele lat późniejszych
wypadów do Francji, Włoch, Szwajcarii czy Hiszpanii.
Wakacyjny dzień sidorowski był dniem jednostajnym. Wszystko
było ujęte w ścisłe rygory czasowe, bardzo przestrzegane przez ojca. A zatem
śniadanie było o 8-mej, obiad o 13 tej, kolacja o 20-tej. Na śniadanie młodzi
wypijali kubek kakao, lub tzw.ovomaltinę (szwajcarskiej produkcji) z kromką
chleba z masłem (ale bez wędliny czy żółtego sera). Śniadanie drugie podawane
dzieciom lub młodzieży do ogrodu angielskiego - pod jesionem - stanowiła
szklanka kwaśnego mleka ze śmietaną wyniesionego z lodowni.
Wspomniany jesion był najoryginalniejszym drzewem w naszym
parku. Stanowiły go trzy wielkie pnie ( można powiedzieć: trzy drzewa)
wyrastające z jednego korzenia na wysokości 30-40 cm od ziemi. W tym miejscu
gdzie pnie te łączyły się ze wspólnym korzeniem, istniała mała platforma. Z
niej jako dzieci skakaliśmy na kamienną ławę (w całym parku były trzy takie
ławy), a z niej w pryzmę świeżo przyniesionego piasku.
Dziadzio Kornel Paygert, który w ostatnich latach życia niemal
każdego roku przyjeżdżał ze Lwowa do swego dawnego majątku jakby chcąc mu
wynagrodzić swoją dawną wobec niego obojętność, kazał koło tego jesionu
postawić słup z drewnianą kulą wisząca na sznurze (słup zwany przez nas
natychmiast szubienicą). Pod słupem stawiało się na drewnianej, wkopanej w
ziemię kracie, kręgle. A zatem było to urządzenie jakąś odmianą kręgielni. Skąd
ten pomysł u Dziadka, który w dwa lata później już nie żył (um. w marcu 1936
r), skąd jego w to zaangażowanie skoro wakacyjny letni dzień spędzał zawsze na
lekturze (np. lekturze „Kapitału" Marksa po niemiecku) czytanej mu przez
sekretarkę, jaka zawsze już wtedy towarzyszyła prawie ślepemu starcowi.
Sądzę, że tego starego i bardzo wówczas zamożnego człowieka
wzruszała radość wnuków, a jakiś genius loci tej części naszego obejścia budził
w nim wspomnienia dzieciństwa. Często stojąc wśród nas brudnych od piasku,
bosych i szczęśliwych, mruczał pod nosem: "pod tym jesionem bawi się już
trzecie pokolenie Paygertów." A zatem jego „szubienica" była darem dla tego trzeciego
pokolenia. Niestety „szubienica" nie chwyciła. Nasza matka zaraz uznała ja za
niebezpieczną dla naszej malej siostrzyczki, która bardzo łatwo mogła zostać
uderzona przez wisząca na długim sznurze kulę drewnianą. Chyba aż do wybuchu
wojny „szubienica" stała nieruszana i definitywnie zniknęła razem z całym
majątkiem w czasach zniszczenia i pogardy, które już zbliżały się do naszych
progów.
Dziadzio Kornel należał niemal do pejzażu letniego dnia w
latach mojego dzieciństwa. Mieszkał z Babcią Emilią z Bochdanów we Lwowie u
stóp cytadeli lwowskiej. Dawniej, jeszcze przed naszym urodzeniem, był
dyrektorem różnych oddziałów, a potem centrali Banku Hipotecznego (w Krakowie).
Przez jakiś czas (przed 1910 r.) był posłem Sejmu Galicyjskiego. Po I wojnie we
Lwowie był długo członkiem a potem wiceprezesem Polskiego Towarzystwa
Ekonomicznego, był wybitnym znawcą problematyki pieniądza. Zdaje się, że
właśnie rozmowy z ojcem stały się inspiracja dla mego ojca (inżyniera
rolnictwa) do głębszego poznania ekonomicznej problematyki rolnej. Owocem tych
studiów była broszura mego ojca Józefa Kalasantego P. pt. "Problem cen
zbożowych" (wyd. w 1935 r.)
Dziadzio w latach mego dzieciństwa człowiek bardzo bogaty, ale
już prawie ślepy, budził w nas respekt, a nawet drżenie. Nigdy na nas nie
krzyczał, ale często przy wakacyjnym stole manifestował swoje złe humory.
Często pomstował na swoje córki (rzekomo naciągające go), przeciwstawiając je
dobrej, łagodnej i życzliwie do niego uśmiechniętej synowej, tzn. mojej matce.
W czasie jego poobiedniej drzemki panował w całym domu wymóg ciszy i milczenia.
Dziadzio i Babcia Emilia nie stanowili dobrego małżeństwa.
Babcia (ur. w 1864 r. a więc od niego o 4 lata starsza) była osobą rozczytaną w
literaturze ascetyczno - mistycznej, lubiła grać na fortepianie, miała
zamiłowania kontemplacyjne. Wiele wiedziała, wiele rozumiała, ale może
najwięcej wybaczała, dlatego była dobrym i kojącym duchem dla swych wnuków,
którym pierwsza przeczytała „W pustyni i w puszczy" Henryka Sienkiewicza (słuchający
z sąsiedniego pokoju tej lektury Dziadzio też wtedy po raz pierwszy sięgnął po
tę książkę i kazał ją sobie przeczytać). Już wtedy zauważyłem, że Babcię
łączyła przyjaźń z synem, czyli naszym ojcem. Tatuś pilnie słuchał jej
biblijnych i teologicznych wywodów. Swój los: samotność w małżeństwie,
samotność przy mężu żyjącym w zupełnie innym świecie, Babcia umiała znosić z
cierpliwością, a potem chyba też z pewną dozą zobojętnienia. Ostatecznie miała
bogatego męża i związane z tym wygodne życie. Po jego śmierci (marzec 1936)
nigdy już chyba nie była w Sidorowie. Zetknęliśmy się z nią ponownie, gdy w
grudniu 1939 r. przybyliśmy do jej mieszkania we Lwowie. Wtedy ujrzeliśmy
Babcię w kontekście biedy, ciasnoty i częstego zagrożenia (wywozami.). Z dużym
spokojem przyglądała się ruinie całego swego świata. Umarła 13 lat później w
resztówce majątku rodziców matki w Dynowie n/Sanem.
Wracając do naszego dnia letnich wakacji w Sidorowie trzeba
powiedzieć, że jego wielką i miłą przygodą był prawie codzienny objazd pól
dokonywany bryczką przez Tatusia i Mamusię. Zawsze ktoś z dzieciarni mógł
usiąść na ławeczce naprzeciw rodziców, lub obok furmana „na koźle" i
uczestniczyć w tym objeździe. Wczesnym latem wpadały do powoziku nachylone nad
wąskimi, polnymi drogami kłosy żyta, czy pszenicy. Mamusia zrywała je i trąc w
ręku wydobywała dojrzewające już ziarna. Jak wyglądała na szczęśliwą, gdy
mogła- niekiedy przy sprzeciwach Tatusia- zjadać te ziarna.
Sytuacja w polu zmieniała się z tygodnia na tydzień. W dniu rozpoczęcia
żniwa (zwykle żyto było pierwsze) Tatuś siedzący w bryczce lub na koniu (na
kochanej przez nas wszystkich klaczy Larinie zasługującej na dużo ciepłych słów
i na jakąś pieśń dziękczynienia Bogu za cuda natury) asystował przy podziale
łanu miedzy stające do żniwa rodziny chłopskie. A było się o co bić! Co 15
zżęty snop przysługiwał takiej rodzinie tytułem robocizny. Zboże zżęte stawiano
w dużych wielosnopowych kopach. Kopy oddawane żeńcom za ich trud były zwykle
większe od „pańskich". Naznaczane były zazwyczaj gałęzią, co było ważne dla
sekretarza Tatusia Beniamina Bazara (Żyda, który późniejsze piekło Holocaustu
przeżył na strychu u chłopa w bliskich Kociubińczykach, który po stracie całej
rodziny wyjechał zaraz po wojnie do USA, skąd słał do Ojca serdeczne i bardzo
piękne listy), który po skoszeniu łanu, cwałując na koniu, liczył ustawione
kopy.
Zaraz po żniwach rozpoczynała się młocka bardzo absorbująca
mnie, gdy miałem 10, 11 czy 12 lat. W bliskiej okolicy wielkich stert złożonego
zboża ustawiano parową lokomobilę napędzającą
młockarnię.
Przy lokomobili robiono zapas węgla, obok stała wielka kadź
z wodą i ręczna sikawka. Przy młockarni poruszanej pasem transmisyjnym
opasującym koło zamachowe lokomobili, kręciły się grupy ludzi. Dwie osoby stały
na tzw. stole młockarni i rozwiązany z powroza snop wrzucały w jej bęben.
Kolejne dwie osoby podstawiały i odbierały worki, do których wpadało ziarno, a
kolejna para, z drugiej strony młockarni odbierała słomę i odciągała ją na bok
tworząc ogromną niekiedy stertę czystej słomy. Poza tym obok młockarni stały
zawsze dwa wozy: odbierający worki z ziarnem by odwieść je do spichlerza, oraz
wóz dowożący snopy ze stert czekających na wymłócenie. Ruch więc był ogromny.
Każdy miał tam swoja funkcje, a nad wszystkim panował skwar letniego nieba i
kurz. Pracę przerywał gwizd lokomobili obwieszczający rozpoczęcie lub koniec
obiadowej przerwy. W pamięci mej najgłębiej jednak wpisało mi się wrażenie
akustyczne: specyficzny odgłos spadającego na bęben młockarni snopa
powtarzający się w ustalonym i niezmiennym rytmie. Potem przez dziesięciolecia
jeszcze ten odgłos dochodzący do mnie z letnich pól, będzie wywoływał obraz sidorowskiej młockarni. Ale wtedy
fascynował mnie nie tyle trud ludzi, co technika rozruchu lokomobili, kiedy
kowal obsługujący tego zwykle dyszącego parą i oliwą kolosa, niemal wieszał się
na jednej z belek centralnych koła napędowego ułatwiając tłokowi pokonanie tzw.
martwego punktu. A musiał to robić zręcznie, aby nie być uderzonym przez koło.
Jeszcze większą rozkoszą dla ócz ówczesnego chłopca był
transport młockarni i lokomobili do innej grupy stert. Z młockarnią nie było
problemu. Wystarczała czwórka koni. Z lokomobili przed transportem trzeba było
wypuścić całą parę i całą jeszcze zmagazynowaną w jej kotle wodę. Trzeba było
złożyć wysoki komin, a potem, wysiłkiem ósemki koni, wyciągnąć ją z głębokich
dołków, w jakich tkwiło każde jej koło. Ile w tym wszystkim było krzyku na
koni, ile wysiłku!
Prace przy młocce trwały długo. Niekiedy przez całą jesień.
Można się było więc napatrzyć. Można też było cieszyć się skakaniem na stercie
świeżej słomy, leżeniem na niej nie tylko w dzień, ale także w nocy pod
rozgwieżdżonym niebem sierpniowym.
Równocześnie z początkiem młocki
ruszały orki ściernisk (po wyżętym i zwiezionym zbożu). To były tzw. "pokłady",
które po kilku tygodniach zostaną ponownie zaorane i zabronowanie już pod nowy
siew. Ale właśnie wtedy kończyły się wakacje. To, co z końcem czerwca miało
nieomal nieskończoną perspektywę przyszłości, już wtedy b- po Matce Boskiej
Zielnej - liczyło się na kilkanaście, czy kilka dni. Zawsze były to dni trudne,
nawet wtedy, gdy już dobrze wiedziałem, co mię spotka w Chyrowie u progu nowego
roku szkolnego. Im byłem starszy, tym silniej atakowała mię myśl o tajemnicy
ludzkiego losu. W ostatnich latach przed wojną nie brakowało zwiastunów tej
okrutnej - jak się niebawem okazało - tajemnicy. Ekspansja Rzeszy Hitlera
(zabór Austrii, Sudetów, Czech, Kłajpedy), wreszcie, od końca maja 39, wyraźne
pogróżki Fürhrera pod adresem Polski, nie pozostawiały żadnych złudzeń. Razem z
Ojcem byłem pewien wybuchu wojny, która jednak przed Bożym Narodzeniem zakończyła się defilada zwycięstwa w Berlinie. Bałem
się wojny, ale położenie majątku na granicy wschodniej dawało jakąś nadzieję,
że będziemy poza linią walk. Razem z Ojcem nie widziałem możliwości wejścia od
wschodu Armii Czerwonej. Nawet Mamusia, ciesząca się w rodzinie opinią
niepoprawnej pesymistki, nie przewidywała najgorszego, choć nie bardzo wierzyła
w polskie zwycięstwo militarne. Dlatego potem, bardzo często, powtarzała:
"byłam pesymistką, ale pesymistką umiarkowaną, zbyt markowaną".
Jesienna wizyta kuzynki ojca Lili Świerzawskiej (4-ta od lewej) z mężem Adamem (6-ty od lewej). Na zdjęciu moi rodzice oraz trzy siostry - Małgorzata, Zosia i Teresa
W sierpniu 39 r. nie
spodziewaliśmy się czwartego rozbioru Polski, nie spodziewaliśmy się gehenny,
do której wiodły nas wspaniałe, letnie dnie tego roku, wspaniałe urodzaje
naszych pól i ogrodów. Nie wiedzieliśmy, że oto tymi godzinami upływającymi nam
w kąpieli w basenie naszej fontanny, pod jesionem w ogrodzie angielskim zbliża
się ku nam kres radości i pogody, kres niepodległości kraju, kres wielowiekowej
kultury i twórczości polskiego dworu, kres naszej rodzinnej sadyby, kres
poczucia bezpieczeństwa i świadomości zwycięstwa dobra, prawości, dobrej i
szlachetnej tradycji wielu pokoleń, której byliśmy słabymi i niedoświadczonymi jeszcze
spadkobiercami. Za kilka dni miała zapaść pod tym sierpniowym i upalnym niebem
noc pogardy, przemocy, drwin ze wszelkiego dobra, noc bezsensownych
prześladowań „pamieszczyka", noc niszczenia i opluwania wszystkiego, czego
najeźdźcy (zwłaszcza ci z Azji) nie pojmowali, lub czym posługiwali się, aby
uzasadnić kreowanie z nas obywateli drugiej kategorii.
Pierwszego września, w
pierwszy piątek miesiąca, rodzice wyjechali końmi do odległego o 7 km
Husiatyna, uroczego, żydowskiego miasteczka pełnego ruin jeszcze z czasów I
wojny światowej, dokąd przyjeżdżało się często po zakupy, gdzie można było z
kimś pogadać, np. ojczymem ks. Rechowicza ( późniejszego, długoletniego rektora
KUL-u, a potem biskupa diecezji z siedzibą w Lubaczowie). Rodzice wrócili z
wiadomością o wybuchu wojny potwierdzoną natychmiast przez radio nadające
odezwę Prezydenta RP, pieśni żołnierskie przerywane zapamiętanym na całe życie
komunikatem: "Ogłaszam alarm dla miasta Warszawy. Nadchodzi, przeszedł", lub
apele do żołnierzy: "Żołnierze, strzelajcie wolno, spokojnie i celnie".
Pierwsze dni września
upłynęły w ciszy upalnych godzin. Jeszcze trwały młocki, jeszcze konie
wychodziły ze stajni na „podorywki", lub do siejby (siewnikami). Zdaje się, że
i siewy te szły swym corocznym rytmem. Sady pachniały całą gamą zapachów
dojrzewających lub już zerwanych i złożonych w pryzmy, jabłek. Radio mówiło o
walkach w coraz bardziej centralnych punktach i regionach kraju. Plotki niosły
wieści o uciekającej tłumnie ludności, która wymieszana z kolumnami taborów
wojskowych stanowiła doskonały cel dla samolotów niemieckich. Chyba 12 lub 13
września przybył do nas ppłk Tadeusz Korniłowicz ze swoja żoną, Jadwigą, córką
Henryka Sienkiewicza i córką Medzią, nasza rówieśnicą. Myjąc ręce w sypialnia rodziców,
pan Tadeusz, który był równocześnie szefem departamentu w Min. Obrony
Narodowej, powtarzał z naciskiem:" Ponieśliśmy sromotną i całkowitą klęskę.
Tak, to gorzka prawda, ale prawda."
W czasie obiadu pułkownik
słuchał z uwaga moich informacji o nalotach niemieckich docierających do
Chorostkowa i Czortkowa (nasze dalsze sąsiedztwo), o ciszy panującej na całym
tym obszarze przylegającym do granicy polsko-sowieckiej. Nic nie wiedział, a
może nawet nie myślał o jakimkolwiek niebezpieczeństwie ze Wschodu. W czwartek
pożegnał się ze swymi paniami na ganku naszego dworu i czule popatrzył na to
małe piękno jednego,z dwudziestu kilku tysięcy, dworu polskiego. Jeszcze było u
nas słońce, cisza, plusk fontanny. Pani Jadwiga kilka razy rysowała na głowie
męża krzyż.
W sobotę wieczorem byliśmy
wszyscy w kościele na nabożeństwie błagalnym o pokój. Gdy wracaliśmy, już w
zupełnej ciemności, gdzieś za wzniesieniami na wschód od Zbrucza, warczały
motory, a reflektory przeciwlotnicze omiatały niebo. Coś daleko dudniło. W
nocy, około 12 -tej burza z błyskawicami i grzmotami. Około 5 tej nad ranem,
grzmoty zaczęły trząść szybami. Później dowiedziałem się, że szyby nie drżą od
wyładowań atmosferycznych, ale, m.in. właśnie od ognia artylerii. Wstawał
najtragiczniejszy dzień mojego życia. Rozpoczynał się w moim pokoju, w pokoju
sióstr, gdzie przed kilkunastu laty uczyłem się chodzić, gdzie po raz pierwszy
poczułem smak macierzyńskiego dotyku, gdzie po raz pierwszy usłyszałem z jej
ust: „śpij spokojnie, dziecinko".
Ktoś ze służby przybiegł z
wiadomością, że wody wąskiego Zbrucza pokonują właśnie tysiące czołgów,
konnicy, artylerii motorowej, piechoty, a także dziwnych formacji, w których
każdy żołnierz dźwigał ręczny karabin maszynowy( pistolety automatyczne były wtedy
jeszcze nieznane). Uciekliśmy do jednej z ziemnych piwnic, gdzie przechowywano
ziemniaki, marchew i buraki przeznaczone do szybkiej konsumpcji. Tatuś nas
pocieszał, że to krótka interwencja wojskowa przeciw Niemcom, a zatem jakaś
odsiecz dla naszych wojsk. Szybko jednak okazało się, że to wielka akcja
sojusznicza na rzecz Niemców, a wymierzona „przeciw polskim panom i
kapitalistom".
Gdy wychodziliśmy z naszej
ziemnej piwniczki, za szpalerem drogi dzielącej nasze obejście, podążały
niekończące się kolumny czołgów, tankietek, wielkich ciężarówek holujących
mosty pontonowe. Na drogach i polach nasze „zabitej deskami" wsi zaroiło się od
sprzętu wojskowego, konnicy, piechoty. Ale te potoki broni i ludzi jeszcze
mijały nasz dwór. Dopiero w jakąś godzinę później, chyba koło 8 -mej, w bramie
wjazdowej pojawił się duży oddział zbrojny w ręczne karabiny maszynowe. W
środku tyraliery kroczył podoficer (chyba starszyzna) z dwoma wielkimi
pistoletami trzymanymi poziomo w lewej i w prawej ręce. Otoczyli nas wszystkich.
Spojrzałem na panią Korniłowiczowa, bladą jak ściana i modlącą się. Podoficer
poprosił, aby „chadziajka" oprowadzila ich po dworze. Mamusia odeszła z nimi -
my wszyscy staliśmy przy gazonie kilkanaście metrów przed domem, zdjęci,
naprawdę mrożącą krew w żyłach,trwogą.
Rewizja miała ustalić, czy we
dworze są jacyś polscy żołnierze. Przy okazji zrabowano kilka budzikow,
przedmiotem wielkiej fascynacji stała się moja wiatrówka strzelająca na 30 do
40 m ołowianymi krążkami wyrzucanymi z lufy siłą sprężonego powietrza. Nie
ruszono jednak platynowego pióra gęsiego ofiarowanego Henrykowi Sienkiewiczowi
za jego „Trylogię", które pani Jadwiga, w ostatniej chwili przed opuszczeniem
domu, rzuciła pod łóżko.
Po rewizji zapadła decyzja
„starszyny". Zabierali ze sobą naszego ojca i mego ojca chrzestnego, 75
letniego Stanisława Ujejskiego, przebywającego z wnuczką od paru dni w
Sidorowie. Chcieli zabrać i mnie, ale kazali sobie wpierw okazać jakiś dokument
mówiący o moim wieku. Uratowała mię legitymacja szkolna chyrowiaka z datą mego
urodzenia (24.XI.1923)." O jeszczo mołodyj." Zostałem wiec z rodziną, a Tatuś
polecił mi przynieść zielony prochownik z podpinką. Dziadzio Ujejski pozostał
bez płaszcza, w jasnym, płóciennym ubraniu, dobrym na największe upały.
Stanisław Ujejski w młodości
Tak zaczęła się nasza wojenna gehenna, której koniec nastąpił 53
lata później, gdy 17 września 1992 r. ostatnie oddziały Armii Czerwonej
defilowały przed prezydentem Wałęsą, żegnającym je w Belwederze.
Tatuś wrócił po dwóch
miesiącach do Lwowa³ , gdzie aresztowali go ponownie po roku. Mój ojciec
chrzestny, Stanisław Ujejski zmarł, zdaje się, zastrzelony w jakimś konwoju,
gdy nie miał już sił iść dalej.
Pułkownik Tadeusz Korniłowicz
nie zdołał uciec do Rumunii. Został gdzieś w naszych stronach: w okolicach Czortkowa czy Zaleszczyk ujęty jako jeniec
wojenny (był w mundurze) i w kilka miesięcy później rozstrzelany nie w Katyniu,
ale gdzieś obok, w tym samym czasie co jego obozowi koledzy z Kozielska.
Sidorów przez lata był
wspomnieniem fascynującej przygody, czy niewyrażalnego dziecięco szczęścia,
jakim była łaska dzieciństwa w tym właśnie dworze, pod rządami tak drogich i
kochających się rodziców. Był też przedmiotem marzeń. Często zasypiając,
myślałem, że po latach, skradając się, idę tymi samymi sidorowskimi drogami, że
stare drzewa znane z czasów dzieciństwa chylą się prze mną i „wyszumieją" mi
swoje zaproszenie - jak przed laty - „ chodź, ciesz się życiem, patrz jak ono
jest piekne".
W kwietniu 1991 r. doszła do
mnie wiadomość o organizowanej pielgrzymce do Czortkowa (największego
miasteczka w okolicach Sidorowa) organizowanej z okazji 50-lecia męczeństwa
tamtejszych dominikanów, wymordowanych przez NKWD w pierwszych dniach lipca
1941 przed wejściem do miasta nacierającej armii niemieckiej (5.VII.1941).
Przyłączyłem się ze starszą siostra do tej pielgrzymki. Towarzyszyla nam
również córka siostry z mężem.
Drugą noc w czasie
pielgrzymki spędziliśmy w Czortkowie, a nazajutrz już czekała na nas taksówka,
aby zawieść nas tam, gdzie nasze serca jej wskażą. Oczywiście pierwszym takim
miejscem był Sidorów. Oto jedziemy gościńcami dobrze zapamiętanymi z naszych
wyjazdów końmi z przed 50 i więcej laty i niebawem, po minięciu znanych z
tamtych czasów miasteczek i wsi, widzimy na horyzoncie białe wieże kościelne
odbijające od ciemnego tła lasu - jak wtedy, gdy w czerwcowe dnie wracaliśmy na
letnie wakacje do Sidorowa, z naszych szkół i internatów. Przy wyboistej
dawniej ‘murowance" stoi kompresornia gazu ziemnego." Czy to już nasze łany?".
Tak, ale jest tu jakoś inaczej. Pozostały jakieś niezmienione fragmenty dróżek,
jakieś mostki. Wszystko małe i trochę szpetne. Nie ma już przy wjeździe do wsi
cmentarza wojskowego z I wojny światowej i przylegającego do niego lasku. W
miejscu dawnej szkoły stoi kurhan z krzyżem prawosławnym upamiętniającym
poległych w czasie wojny mieszkańców
Sidorowa. Stajemy opodal kościoła. Nie ma przy nim plebani i jej
ogrodów. Kościół jest otwarty, bez gospodarza, wewnątrz łatają kawki i gołębie.
Wnętrze kościoła przed wojną
O 100 m dalej w ponownie unickiej już cerkwi odprawia się właśnie Msza św. (to
była bowiem niedziela: 30.VI.91). Zbliżamy się do cerkwi. Otaczają nas starsi
ludzie z niej wychodzący. Pamiętają nas i serdecznie witają. Ktoś chce mię
pocałować w rękę myśląc, że ma przed sobą mego ojca. Wizyta na cmentarzu dziś
chyba 4 razy większego od tego sprzed 50 i więcej laty. Mauzoleum Paygertów
stoi, tablice i rzeźby nienaruszone, ale jest całkowicie zarośnięte krzakami i
młodymi drzewkami. Wreszcie idziemy do siebie. Z daleka widać okalające mury
dawne obejście. Stoi „rządcówka", gdzie przed 52 laty pożegnaliśmy Tatusia i
dziadzia Stanisława Ujejskiego wywożonych przez radzieckich żolnierzy.
Wchodzimy w obejście mostkiem za „czarną" bramą. Wszędzie pustka, wszędzie łąka
pokrywająca dawny stok, na którym rozłożony był park angielski, dwór z jego
najbliższym otoczeniem.
Ktoś nas poznaje i
przedstawiając się jako „syn Wikci z kuchni", pokazuje, gdzie stał dwór, gdzie
biła przed nim fontanna. Wszystko jest nie tylko zniszczone, ale zmieniona jest
też rzeźba terenu. Pozostał gdzieś dalej basen gromadzący wodę płynącą stąd
wodociągami do naszych stajen, ogrodów, do dworu i jego fontanny. Dziś woda ta
zaopatruje wielkie stajnie kołchozu o nazwie: „Agrarno-premyslowyj kombynat-
Progres".
Jakaś kobieta, która okazała
się być córka jednej z naszych pokojówek, wskazuje nam na trzy drewniane
kominki. To kominki naszych piwnic ziemnych. W jednej z nich siedzieliśmy, gdy
wlewała się do Polski przed 52 laty pierwsza fala wojsk sowieckich. Reszta nie
istnieje. Wszystko zostało wytarte z oblicza tej ziemi. Nikogo nie poruszyła
myśl, że dwór ze swoim wyjątkowo pięknym obejściem mógł być siedzibą zakładu
leczniczego, czy szpitala, lub domem dla starców. Miejscowi nasi dawni fornale
lub ich dzieci, czy wnukowie, nie chcieli z nami rozmawiać na temat
anihilizacji dawnego piękna i włożonego weń trudu pokoleń. Gdy komuś w liście
napisałem, że dwór ten, jak też
wszystkie dwory, które wtedy odwiedziliśmy, zostały spalone, lub zburzone, a
drzewa wyrąbane tylko, dlatego, że były śladem kultury „pańskiej i polskiej",
przerwał ze mną korespondencję.
Wiem, że wszystko w życiu ma
swój kres, ale nie wyobrażam sobie żadnego szczęścia bez tej mojej własnej
drobiny krótkiej historii, kiedy byłem tak spontanicznie i niemal odruchowo
szczęśliwy, jak szczęśliwy jest ptak w powietrzu, gdy cieszy się tym wszystkim
co daje mu natura i otaczająca przyroda.
Do Sidorowa już nie jeżdżę i
nie chce tam bywać. Nie ma bowiem dla mnie miejsca tam, gdzie na zawsze
zniszczono moje gniazdo.
Bibliografia:
1. R. Aftanazy: Dzieje rezydencji na dawnych kresach Rzeczpospolitej,
tom.9: Województwo podolskie, „Sidorów", ss.334-338, tu także sporo informacji
o rodzinie Pajgertów-Paygertow
2. Życiorysy ważniejszych Pajgertów-Pygertów, w:Polski Słownik
Biograficzny, tom. 25- Wrocław 1980 r. ss. 26-29 i 522-524
3. Józef Kalasanty Paygert „Dwa razy w niewoli bolszewickiej"
(Wspomnienia z lat 1939-1941), wyd. Formica, 1994, 141 stron tekstu.
Zdjęcia ze wspomnianych przez autora odwiedzin Sidorowa w 1991 r. są zamieszczone pod wspomnieniami siostry autora, Małgorzaty Baranieckiej