Maria Baraniecka-Witkowska ur. w 1946 r. W Dynowie

      Zbliżając się do osiemdziesiątki zaczynamy rozglądać się z upodobaniem za siebie. I mnie to dotyczy. Obrazy tam widziane przywołują atmosferę, glosy, zapachy. Chciałoby się to przekazać najbliższym i to już trzem pokoleniom, które pojawiły się po nas. Ale ile nas jest?

    W pierwszym pokoleniu to tylko 7 osób, czyli nasze dzieci: Kasia i Tytus – dzieci Marychny; Mateusz, Piotr i Paweł – dzieci Marcina; Ola i Ernest – dzieci Marka; Dziś są to panie i panowie w wieku 40-56 lat.

    Potem rodzina pęcznieje. Nasze wnuki to 16 osób.

ja, czyli Marychna, mam ich 6-ro: Franka, Jaśka, Filipa, Szymona, Tadzia i Anię

Marcin podobnie: Noah, Sage, Jade , Max`a, oraz Elliota.

    I tak Marek ma ich 5-ro: Maię, Ksaviera, Jose, Nel i Filipa

    Nasze wnuki to osoby od 5 do 27 lat.

     Na koniec zaczyna się pokolenie ostatnie: dopiero 4 malutkich chłopaczków, synków Franka i Jaśka, wnuków Marychny (Staszek, Antek, Józek i Daniel).

    Ale razem to cyfra już dość spora: 27 potomków Małgorzaty z Paygertów i Kazimierza Baranieckich. Plus my troje: wszyscy na Mar..(jak śmiali się Rodzice).

Marcin, Marychna, Marek z Nianią Józią Kiełbasówną, 1952

    A więc 30 osób. A Oni, nasi ukochani Zmarli zapewne cieszą się patrząc na tę gromadkę z Niebios.

   Tak wiec z pamięcią o Nich i serdecznością wobec tych, którzy otaczają ich wspomnieniami (lub dopiero będą otaczać), napisałam tę krótką historyjkę o Świętach Bożego Narodzenia, które działy się tam daleko w Dynowie, kiedyś bardzo dawno, bo począwszy od 1947 roku, wśród ludzi już nieżyjących, w atmosferze przenikniętej niedawną jeszcze wojną, słowem: świecie trudnym do wyobrażenia sobie dla pokolenia naszych wnuków. Ale był to nasz świat, nasza rodzina, stamtąd pochodzimy. Trzeba o tym pamiętać.

   Święta to – zaczarowany okres: najpierw całym sercem wierzyliśmy w Świętego Mikołaja, który obdarowywał nas w nocy z 5 na 6 grudnia. I to zawsze pięknym, wymarzonym prezentem. Nigdy nas nie zawiódł, nigdy o niczym nie zapomniał. Najczęściej zostawiał dary koło łóżek, ale raz nawet przyszedł: w infule, z pastorałem, we wspaniałych, powłóczystych szatach.. Pytał łudząco podobnym do głosu naszej Kochanej Niani, Zosi, czy umiemy Aniele Boży. Wszyscy straciliśmy głowy: bracia, solidarnie, zaczęli mi podpowiadać. Wybrnęliśmy! Ale z pytaniami o grzeczność dawaliśmy sobie radę.

    A potem zbliżał się dzień wilji, 24 grudnia. I znowu kontakt z nienamacalnym: Aniołki przynosiły nam ustrojone drzewko, pod nim prezenty były skromniejsze, ale były. Dla nas to znaczyło, że byliśmy grzeczni, a i Aniołki nie wszystko widziały….

   Ale po kolei.

    Pierwszym świątecznym obrazem w mojej pamięci jest „wizyta” Świętego Mikołaja w sali przedwojennego Sokoła. Mam niecałe 2 lata, rok 1947. Mamusia, przed urodzeniem Marka, nie pchała się w tłum, ale Tatuś trzyma mnie na rękach i z wypiekami wypatruje czy święty ofiarodawca zbliży się do nas. Jest niesamowicie gorąco, krzyki, wszyscy wyciągają ręce. W końcu: jest! prezent dla mnie. Podaje mi go wielka łapa urękawiczniona w biskupie atłasy, jako że święty to biskup, a nie krasnoludek. Co tam jest? Pudełko obwiązane czerwoną kokardą, a w środku pyszne pierniczki. A jakie pyszne.!! Tatuś podgrzewa atmosferę: ale byłaś grzeczna, nie czekaliśmy za długo, ale smakowity prezent!! (naturalnie: Babcia Wandzia robiła takie same pierniczki!!)

   Rok później pamiętam już drzewko. Ogromne, do sufitu, pomiędzy pokojem jadalnym a sypialnią, w mieszkaniu Rodziców na piętrze, czyli na „górze” (Rodzice zajmowali wtedy ogromne mieszkanie na   piętrze kamienicy Baranieckich przy rynku dynowskim.

 Na dole mieszkali dziadziowie Franiowie i była  apteka, (jeszcze wtedy nie upaństwowiona, nasza).

  A świateł na niej! Drzewko było ozdobione malutkimi lichtarzykami z zapalonymi świecami. Widok prześliczny. Marek, 8 miesięcy, stoi w białym łóżeczku z barierką, ja bawię się obok. Pilnują nas obie kochane Babcie: Józia i Wandzia. Zawsze na „pani”, doskonale wychowane. Rodziców nie ma: Tatuś w wojsku, Mamusia w aptece. Cicho, przyjemnie… Nagle trzask, straszliwy błysk, Marek klaszcze w rączki, ja krzyczę. Babcie poderwały się, Wandzia wywróciła drzewko-pochodnię, Józia chlusnęła wiadrem z kuchni… Powódź, zgliszcza. Oboje z Markiem nic z tego nie rozumieliśmy, ale Mamusia  potem rozpaczała jak dziecko: cały adwent pracowała nad ozdóbkami, laleczkami, łańcuchami.

Chciała aby dzieci miały ładnie. Podobno takich udanych już nigdy potem nie zrobiła. A biedne Babcie były tak zawstydzone swoją nieuwagą, że nie mówiło się potem o tym pożarze zbyt długo.

    Kolejny obraz: mamy już drugiego braciszka, jest nas troje, Marcin doskonale chodzi, więc jest rok 1950. Swoją drogą trzeba przyznać, że Rodzice świetnie się nasza radością bawili i podgrzewali atmosferę sacrum i tajemniczości. I tak więc już 24 grudnia wcześnie rano Mamusia zrywała się z łóżka na dźwięk perlistego dzwoneczka (ciekawe kto dzwonił, Tatuś spał rozkosznie, wołając: „słyszycie szum skrzydeł? Aniołki już odlatują”. Naturalnie, że słyszeliśmy. Struchlali, z bijącymi serduszkami, w długich koszulach nocnych pędziliśmy do dużego pokoju, gdzie teraz już pod oknem stała cudowna, olbrzymia choinka-jodełka. A jak bajecznie przystrojona, a jak oświetlona (znowu te świeczuszki!!),

 jak pachnąca. No i prezenty!! Pamiętam tę radość. Nie wiedzieliśmy od czego zaczynać, co rozpakowywać, czym się cieszyć. A radość Kochanych Rodziców! Tego nie da się opisać. Widzę Marka chodzącego wokół drzewka z malutką, zieloną laseczką, ja z lalką ubraną w sukieneczki na zmianę (to znowu „sprawka Babci Wandzi”), Marcin leży wśród baranków wyciętych przez Mamusię, a Tatuś mówi: „to jest jeszcze jeden baranek”. Jest lodowato, piec jeszcze niezapalony, na dworze, naturalnie śnieg i mróz. Ale nikt na to nie zwraca uwagi. Tylko Marcin ma białe rajtuzy, które już za moment były koloru piasku….

  Drzewko jest obwieszone cukierkami w specjalnych, błyszczących papierkach, jabłuszkami, ba nawet i 3-ma pomarańczami?? (Może się mylę, bo i skąd?). Cukierki łasowaliśmy od razu, pozostawiając „pogrubione” papierki (ku rozpaczy Rodziców z racji ich fiaska wychowawczego).

    Tatuś, zmęczony po nocnym ubieraniu drzewka, cichaczem szedł się położyć, „na sekundę.” Ale gdzie tam. Biegaliśmy co chwilę: „niech Tatuś popatrzy: pan Jezusek murzyński”, 

a to” małpka na huśtawce”, i tak przez tę nieszczęsną sekundę. Tatuś udawał coraz bardziej tłumiony zachwyt naszymi odkryciami, a my pędziliśmy na dół, do Babci Wandzi i Dziadzia Frania. Czy aniołki były i u nich? Tak, odpowiadali, ale prezentów już nie zostawiły. Współczuliśmy biedakom, ale tylko króciutko, bo na ich choince, stojącej na stoliczku w salonie, była też moc cudów do oglądania i nawet ukradkowej zabawy. Tatuś zrzędził: ”po co tyle waty? (to był niby śnieg) Dla nowego pożaru? ”No i jednego dnia był, ale malutki. Tradycja.

  Na górę przyszła babcia Kinia (siostra naszej rodzonej, Józi, ale też nazywaliśmy ją babcią i kochaliśmy tak samo). Z torby wyciągała cacka, które „aniołki pogubiły po drodze”. Pamiętam woreczek z orzechami laskowymi owiniętymi w kolorowe papierki. Wisiał jeszcze do niedawna na moim drzewku….aż rozpadł się ze starości, a moja Kasia zrobiła taki sam, na pamiątkę.

     Dzień nie miał końca przyjemnościom. U Zochny, naszej przyjaciółeczki za ścianą, stała choinka obwieszona całymi czekoladami i bombkami wielkości dzisiejszych owoców cytrusowych. Jej mama była bardzo dumna. Wprawdzie cała rodzina gnieździła się w kuchni, a do dużego pokoju można było wejść tylko na moment (zabrudzicie!!), tego dnia pozwalała nam posiedzieć trochę. Następowała prezentacja darów. Na szczęście nie pamiętam rywalizacji i zazdrości. Tak mało można było wtedy dostać. Cieszyliśmy się słodyczami, kolorowankami, wyklejankami.

    O 17 tej zasiadaliśmy do wigilii, na dole. Tam u nas mówiło się wilji (regionalizm galicyjski). Lampa była przystrojona w łańcuch babcinej roboty najlepszy serwis w użyciu, najlepsze sztućce, naturalnie – koziołki. Czuliśmy wagę chwili i od opłatka byliśmy grzeczni. Mowy nie było o grymasach: barszcz z uszkami to mój przysmak do dziś, pierogi z kapustą również. Zmorą Mamusi były ryby, rzeczne, ościste: „uważajcie”. Ale nieszczęść nie było. O braku tych ryb mówiło się stale, w sklepach ich nie było nigdy!! Ale każdy jakoś sobie radził opowiadając jakie to wielkie były „przed wojną”. Ale tych opowieści nie lubiliśmy, bo co nas obchodziły te niesmaczne ryb! (rytualne pytanie Tatusia: ”dlaczego ten karp tak śmierdzi?)

     Zosia i Józia, nasze Kochane najmilsze Nianie też miały swoją wilję, a my czasami podrzucaliśmy im trochę naszych czekoladek, a raz nawet pomarańcze i słuchaliśmy jak to było w Bartkówce, wsi za Sanem skąd obie pochodziły.

     Na pasterce byłam jako 7 letnie dziecko, a wiec w 1953 r. Ale o tym za moment, bo wypada dodać „kawę mrożoną” we dworze. Ta kawa to było apogeum wilii dworskiej urządzanej wedle starych, ziemiańskich zwyczajów: proboszcz i wikarzy zaproszeni, snopy 4 zbóż w kątach, olbrzymia strucla na środku stołu, pod obrusem siana tyle ile w żłobku

     Mamusia jako wnuczka dziedzica była proszona do dworu na kawę mrożoną, z całą nową rodziną. Szliśmy  do starego domu otoczonego ogromnymi drzewami, przez miasteczko, rzeczkę, z zapałem, zawsze w głębokim śniegu.

Chyba Dziadzio Franio zostawał w domu, w aptece. Ten śnieg to było dla niego, grubaska, za dużo. Ale Babcia Wandzia, choć stale w głębokiej żałobie po  19 letnim synu, Staszku, zamordowanym w Auschwitz w 1941 r., w perłach na czarnej sukni, milcząca, smutnie uśmiechnięta, była z nami zawsze, do 1970 r. Siedziała  na pierwszym miejscu, a wszyscy zachwycali się jej urodą i taktem. Nigdy nam nie zwracała uwagi, aczkolwiek my, wiercipięty z Marcinem musieliśmy odbiegać od jej kanonów dobrego wychowania. Co innego Mareczek, jej ulubieniec!

    Przy dużym stole, w największym dworskim pokoju, jeszcze w 1952 r. siedział pradziadzio Stefan Trzecieski, (zmarł w 1953), brodaty, zamyślony, niezauważający tego drobiazgu „Kaziów”, obie Babcie Kinia i Józia, dziadzio Kalunio Paygert mąż Józi, ciocie: Hania Trzecieska i Jańcia Jaszczurowska, siostra Stefana, no i proboszcz Michał Bar z wikarymi: Janem Śmietaną i Czesławem Korczykowskim. (Potem po śmierci Stefana w 1953 r. dołączyli do tego grona pp. Orłosiowie, wynajmujący dwa pokoje we dworze.)

    Smakołyki przygotowywała najukochańsza Niania Helcia Kamińska. Najmilszy członek naszej rodziny, najwierniejszy Przyjaciel. Jej kawa z bitą, mrożoną śmietanką to był przysmak nawet dla nas maluchów, które co tam wiedziały o kawie. Ale kawę przysyłał regularnie z Belgii brat Kini i Józi, Jakub Trzecieski. Ale nie przyjechał nigdy.

    Po kawie, Kalunio wymykał się do swego pokoiku, aby słuchać „Londynu”- odrobiny informacji rzetelnej o świecie. Słuchał w powodzi zagłuszających trzasków radia, ale słuchał zawsze z nadzieją (dla czytających młodych ludzi dodam, że byliśmy otuleni szczelną kurtyną informacyjną. Nic nie wiedzieliśmy o tym co słychać a i nadziei żadnej na to nie było), a my zaczynaliśmy gromkie kolędowanie. Trzeciescy obdarzeni świetnym uchem śpiewali znakomicie i z zapałem a i my nauczyliśmy się wtedy  wszystkich kolęd.

     Patrzyłam przez okna: ciemno wokół, ośnieżony ogród, trzeszczące od mrozu gałęzie starych drzew, cisza….Żadnych oświetleń domów nie było, czasami tylko z okien rozbłysła oświetlona paroma świeczkami choinka. To dodawało uroku chwili, formowało atmosferę, na którą byłam zawsze wrażliwa.

    Ten zespół niesłychanie bliskich mi osób to byli wszyscy wysiedleni z miejsc swego zamieszkania, (Podole, Pokucie, Lwów), wydziedziczeni ze wszystkiego, żyjący nader skromnie, że nie powiem w biedzie na co dzień.  Ale nikt nie tracił poczucia godności, wierności swoim zasadom i wartościom. Zostali nam wzorem na cale życie. Chciałabym aby zostali tez takimi dla naszych Najmłodszych.

   Po dziesiątej Rodzice dawali znak do odwrotu.

    Napraszałam się że chcę na pasterkę. Mamusia tego nie lubiła. ”Będziesz niewyspana i nieznośna”. Ale miałam sprzymierzeńca w Babci Kini. No i w 1953 r. poszłam na nią po raz pierwszy w towarzystwie Tatusia. Nie pamiętam jak znieśli to moi biedni bracia.

    Ale pasterki, tej pierwszej, nigdy nie zapomnę. Ubity kościół, zwłaszcza mieszkańcami wsi Bartkówka za Sanem (nie było mostu. Trzeba było jechać krypą lub iść lodem), ściany kościoła oszronione, ale para z ust śpiewających kolędy, szybko je stapiała. Chyba nie było jeszcze elektryczności, a więc świece skwierczały….

     Wspaniały organista, Augustyn Potoczny (nota bene kuzyn mego przyszłego teścia), swoim niezrównanym basem, idealnie słyszalnym, choć bez mikrofonu, inicjował: „Wśród nocnej ciszy”. Gromki śpiew wiernych udowadniał, że ludziom umęczonym wojną, tak bardzo jest potrzebne takie pocieszenie, że w Nowonarodzonym upatrują swoją nadzieję….Msza św. była naturalnie po łacinie, tyłem do wiernych, śpiewaliśmy wiec non stop poza Ewangelią i Podniesieniem. Ale takie to były czasy, zwłaszcza przed Soborem.

   Wracałam do domu pełna wrażeń i wzruszenia, z postanowieniem uczestnictwa w Pasterce zawsze. I tak się dzieje, choć już nie w Dynowie.

    Lata 50-te, te które opisałam powoli odchodziły do historii. Przy wilji siedziało nas coraz mniej: zmarł Pradziadzio Stefan Trzecieski, jego siostra, Ciocia Jańcia Jaszczurowska, dziadzio Kalunio Paygert, a w aptece Dziadzio Franio Baraniecki.

   My, czyli moi bracia i ja, w latach 60 tych zawsze wracaliśmy na święta do domu z Warszawy, gdzie chodziliśmy do szkół średnich, potem studiowaliśmy. A gdy założyliśmy własne rodziny bywało to już rzadziej. W 1971 r. zmarła Babcia Wandzia Baraniecka, wcześniej stara Zosia Siry, Józia wyszła za mąż za pana Żurawskiego. Dom opustoszał, Rodzice chodzili na wieczerzę do dworu. Tam zwyczaje i tradycje były zachowywane bez względu na starość czy brak sil. Nie pamiętam czy ktoś z nas w nich uczestniczył? Zdjęć się nie robiło, a pamięć zawodzi. Ogromna szkoda. Ale Mamusia wszystko opisywała nam w sążnistych listach. Wczuwałam się przy ich lekturze w te niepowtarzalną atmosferę „naszego dworu”.

   W latach 80 tych wszystko się skończyło: Babcie Józia i Kinia, potem Ciocia Hania i Helcia odeszły do Pana, Rodzice przenieśli się do Warszawy, Markowie i Marcinowie wyjechali do Kanady. Tam też wyszła za mąż nasza Kasia. Wigilie, tak, teraz już wigilie, odbywały się u nas w Michalinie. Mój Andrzej przywoził z Grottgera Rodziców, Kochanych, zawsze obładowanych prezentami, a Mamusia z uszkami do barszczu, moja Teściowa, Maria Witkowska, przygotowywała menu „galicyjskie”, jako że sama pochodziła z Przemyśla a potem Lwowa. Ogromnie nam, a zwłaszcza Tatusiowi to smakowało, a Ona potrafiła wyczarować smakołyki z niczego. My staraliśmy się wskrzesić dawną atmosferę, ale „nie można dwa razy wejść do tej samej rzeki”, to już nie było to co tam, w Dynowie…

    A potem w latach 90 tych pojawiła się wśród nas Agnieszka, a odeszła moja Teściowa, potem Tatuś. Z Kanady zaczęły dochodzić wieści i zdjęcia o kolejnych ślubach dzieci moich Braci. U nas urodziły się wnuki, Franio i Jasio jako pierwsi, najbardziej chłonni na moje opowiadania o dawnych czasach…

   Historia zatacza koło…..

    Do tekstu dołączam trochę zdjęć z naszych ozdób choinkowych, bardzo, bardzo starych, ale które chowam jak cenną pamiątkę lub ilustrację: lichtarzyk z prawdziwą świeczką.

   Liczę na pomoc w przekładzie tekstu na angielski. Może kogoś z młodszego pokolenia to zainteresuje. Może zainspiruje do podróży do Dynowa??

  Marku i Marcinie, czekam na uwagi, aby może coś dodać, co Wy zapamiętaliście a mnie umknęło.

  Alu, Krysiu i mój Drogi Mężu!, Dziękuję, że wychowywaliście dzieci w poszanowaniu tradycji, historii i atencji wobec naszych Przodków oraz wartości, które oni nam przekazali.

Michalin grudzień 2024

Suplement do tekstu „Boże Narodzenie – wspomnienia z dynowskiego dzieciństwa”  – Maria Baraniecka-Witkowska

Po lekturze w/w tekstu dostałam od Najbliższych Czytelników pytania i uzupełnienia.

Postaram się je wyjaśnić, lub poprawić:

Pomyliłam imię najmłodszego wnuczka Marcina. Otóż nie jest to Oliver ale Elliot Henry.

Dodaję też podwójne imiona o co prosił Marcin oraz nazewnictwo angielskie.

I tak dzieci jego syna Petera Marka to: Sage Amelia oraz Jade Frosa

Dzieci Paula Michaela to: Max Jonathan oraz Elliot Henry

Natomiast syn Mateusza to Noah

Przechodzę do dzieci  i wnuków Marka.

Dzieci Ernesta to: Maia Philomena ora z Xavier Constantin

Dzieci Aleksandry Klary to; Josephine, Nell oraz Philip Levis

    A teraz odpowiedzi na pytania i uzupełnienia tekstu.

Mój syn Tytus zapytał o salę „Sokoła”. On ją pamięta z lat 70 tych jako salę kinową. A wiec Sokół  to  była organizacja łącząca sport i służbę wojskową, paramilitarna, założona w latach 30 tych.

   Po wojnie, gdy zaczynano walkę ze wszystkim co  przedwojenne, jeszcze w latach 40 tych pozwalano na co nieco ( np. prezydent Bierut prowadził pod rękę prymasa Hlonda w czasie procesji Bożego Ciała. Curiosum!!!).

     Tak więc salę spotkań tegoż Sokoła przeznaczono w 1947 r. na wizytę  świętego Mikołaja, a nie dziadka Mroza, jak to potem już bywało, ku oburzeniu starszej generacji .I ten Święty był ubrany jak biskup: szaty, infuła, pastorał.

    Potem księża pragnęli „przenieść”  tę postać do kościoła, do zakrystii dla ministrantów, jak wspomina o tym Marcin.

      Marek słusznie zauważył, że elektryczność był w kościele z naszego wczesnego dzieciństwa, ale świece zmieniono na woskowe dopiero rozporządzeniem soborowym ( czyli po 65 r.).Wcześniej były to wysokie, ale elektryczne. Właśnie takie mam przed oczami.

      Ponoć pierwsze drzewko na dole u Dziadziów stało na fortepianie. Ja tego nie pamiętam. Aczkolwiek pożary tego drugiego, w salonie, koło okien z obfitymi firankami-tak.

 A teraz wspomnienia Marcina:

Któregoś Bożego Narodzenia dostaliśmy piękne prezenty – Ty narty, Marek łyżwy, a ja sanki. 

To były prawdziwie wspaniałe sanki i jeździłem na nich długo. Łamałem je co i rusz, ale wtedy z pomocą przychodził stolarz Drelinkiewicz na Zabramiu, który za pięć-siedem złotych naprawiał je i były jak nowe.  

Ten moment, gdy o wczesnym ranku – ciemnym i mroźnym – otwierały się podwójne drzwi sypialni Rodziców pamiętam zawsze! Oczekiwanie, napięcie nie dawało się porównać z niczym! 

A potem drzwi się otwierały i wspaniała choinka jarzyła się jak zaczarowana. Znalazłem dzwonek pod poduszką Tatusia ale w ogóle nie skojarzyłem tego z Aniołkami. Aniołki miały swoje dzwoneczki!!!

Po wigilii we dworze Tatuś przynosił „omszałe” wino i piliśmy je w cienkich kieliszkach żeby „spłukać” wigilijne obżarstwo. 

Po szczupaki chodziłem kiedyś do Bartkówki przez zamarznięty San do chłopa. Długa to była droga ale jakżeż wspaniała! 

Na pasterce siedziałem wciśniety między babcię Józię i dziadzia Kalunia i ciepło mi było i przytulnie podczas gdy w kościele zimnica była nie do wytrzymania i kłęby pary wydobywały się z gardzieli śpiewających kolędy. 

„Bracia – patrzcie jeno!” grzmiało z  chóru skąd męski zespół pod batuta p. Dymczaka swoim śpiewem uświetniał pasterkę. 

Snopy zbóż w rogach pokoju gdzie była wigilia, lichtarze na kredensie, wielki stojący zegar, oczywiście kawa mrożona, księża…

W pierwszy dzień Świąt było przyjęcie na probostwie ale nie dla dzieci. W drugi dzień – św. Szczepana – u nas – na dole. 

Przychodzili chłopcy po kolędzie i przestawiali jasełka. Śmierć, Herod, diabeł i chłop. 

Jakiś czas temu pisał mi Jurek Bułdys o tym jak już na parę tygodni przed Świętami robili próby i przygotowywali się do chodzenia po domach. Ja też chodziłem, ale tylko z kolędami i z harmonią. Romek Sikorowicz, Wacek Bielawski z harmonią i ja. 

Na trzech Króli chodziłem też z Markiem Witkowskim. Jego Ojciec malował nam wtedy twarze „teatralnymi kredkami”, które miał „jeszcze ze Lwowa”.  ”

Dalsze wspomnienia Marcina:

Kapusta stała w kuchni, w ogromnej beczce. Przygnieciona głazem. Wcześniej szatkowana na wielkiej szatkownicy, na której Józia siedziała okrakiem. Potem tę kapustę /nie Józię!/, mieszano z marchwią i czymś jeszcze i dochodziła w swojej wilgoci do wspaniałego smaku. 

Przewyborna na kaca! Brat Józi, który przyszedł kiedyś, do jakiejś roboty u nas, nie mógł się nią nazachwycać. „Daj mi Józia jeszcze tej kapusty” mówił,  a łzy mu kapały z oczu. Taka była krzepka!

Na piecu suszyły się „suszki”z jabłek, do których wspinaliśmy się po „otomanie”, jak Józia nazywała diablo twardą ławę z oparciami, w której zwykle sypiała. 

Suszki byly wspaniałymi słodyczami dla nas, ale na Święta były lepsze desery, o czym już na pewno wiecie lepiej ode mnie.

Wielki słój ze śledziami na kredensie. Stał całymi dniami. Moja Krysia zachodziła w głowę jak to było możliwe, że się nie psuły. Pytałem o to Tatusia i przysłał mi przepis jak to robiono. Mam go do dziś.

I kolejne:

Babcia Wandzia smarowała wigilijne opłatki miodem. Taki sandwich. Przynosił je zaś organista Potoczny albo Kubuś Dźwigaj. 

Na drzewku były figi. Coś pysznego! 

Drzewko we dworze nie było zbyt ładne. Na pewno brzydsze od naszego.

Jednego dnia, Marychno, przyniosłaś wiadomość, że jakaś Twoja koleżanka nie miała na drzewku cukierków a jedynie kawałki kartofli zawinięte w bibułkę. Zgroza nas ogarnęła na tę nędzę. Mamusia przygotowała coś dla tej rodziny. 

Drzewko stało do Gromnicznej. Potem czekało się już na Popielec. 

W święto Trzech Króli Tatuś dawał nam kadzidło, które sypaliśmy na rozżarzone węgle z pieca na łopatkę i ganialiśmy z tym z dołu na górę i z góry na dół, okadzając wszystkie kąty. Kadzidło było aptekarskiego wyrobu. Wszystko naturalne. 

Dalej :

Sceneria Bożego Narodzenia też była przemiła. Była nasza, polska, domowa i rodzinna. 

Konne sanki, do których niejednokrotnie czepiałem się i w ten sposób przejeżdżałem „świat drogi”, przywoziły ludzi z odległych wsi i przysiółków do kościoła na uroczystości. 

Kościół był nabity aż trzeszczało. 

Ministranci mieli kupę roboty. To jest osobny temat. Ministrantura po łacinie i multum czynności, które trzeba było wypełniać. 

Przedzieranie się przez zbitą ciżbę, żeby utorować drogę księdzu zbierającemu na tacę to była praca sama dla siebie.

Maria Baraniecka-Witkowska, born in 1946 in Dynów

Christmas – memories from Dynów’s childhood

Approaching eighty, we start to look back with pleasure. This applies to me too. The images seen there evoke the atmosphere, voices, smells. We would like to pass this on to our loved ones, and to the three generations that have come after us. But how many of us are there?

In the first generation, there are only 7 people, namely our children: Ola and Ernest – Marek’s children; Mateusz, Piotr and Paweł – Marcin’s children; and Kasia and Tytus – Marychna’s children. Today, they are ladies and gentlemen aged 40-56.

Then the family swells. Our grandchildren number 16.

me, or Marychna, 6: Franek, Jasiek, Filip, Szymon, Tadzio and Ania.

Marcin similarly: Noah, Sage, Jade, Max, and Olivier.

And so Marek has 5 of them: Maia, Ksavier, Jose, Nel and Filip

Our grandchildren are from 5 to 27 years old.

Finally, the last generation begins: only 4 little boys, sons of Franek and Jasiek, grandsons of Marychna (Staszek, Antek, Józek and Daniel).

But together it is already quite a large number: 27 descendants of Małgorzata née Paygert and Kazimierz Baraniecki. Plus the three of us: all on Mar.. (how the Parents laughed).

So 30 people. And They, our beloved Deceased must be happy looking at this group from Heaven.

So, with the memory of Them and with warmth towards those who surround them with memories (or will surround them), I wrote this short story about Christmas, which took place far away in Dynów, once very long ago, since 1947, among people who were no longer alive, in an atmosphere permeated by the recent war, in a word: a world difficult to imagine for the generation of our grandchildren. But it was our world, our family, that’s where we come from. We have to remember that. Christmas is – a magical time: at first we believed in Saint Nicholas with all our hearts, who gave us gifts on the night of December 5-6. And always a beautiful, dream gift. He never let us down, never forgot anything. Most often he left gifts near the Beds, but once he even came: in a miter, with a crozier, in magnificent, flowing robes. He asked, in a voice deceptively similar to that of our Beloved Nanny, Zosia, if we could, Angel of God. We all lost our heads: my brothers, in solidarity, started to give me some advice. We got through it! But we managed to cope with the questions about politeness.

And then the day of Christmas Eve, December 24, approached. And again, contact with the intangible: Angels brought us a decorated tree, under it the presents were more modest, but they were there. For us, it meant that we were good, and the Angels didn’t see everything…

But first things first.

The first Christmas image in my memory is the „visit” of Santa Claus in the hall of the pre-war Sokół. I am not even 2 years old, the year is 1947. Before Marek was born, Mummy didn’t push herself into the crowd, but Daddy holds me in his arms and anxiously waits to see if the holy giver will come near us. It is incredibly hot, there are shouts, everyone is stretching out their hands. Finally: there it is! a present for me. It is handed to me by a large hand gloved in bishop’s satin, since a saint is a bishop, not a dwarf. What is there? A box tied with a red bow, and inside delicious gingerbread. And how delicious.!! Daddy warms up the atmosphere: you were so good, we didn’t wait too long, but a delicious present!! (of course: Grandma Wandzia made the same gingerbread!!)

A year later I remember the tree. Huge, reaching the ceiling, between the dining room and the bedroom, in my parents’ apartment on the first floor, or „upstairs” (at that time, my parents lived in a huge apartment on the first floor of the Baraniecki tenement house at the Dynów market square.

Downstairs lived my grandparents Franio and there was a pharmacy, (not yet nationalized at that time, ours). And lights on it! The tree was decorated with tiny candlesticks with lit candles. A beautiful sight. Marek, 8 months old, is standing in a white bed with a railing, I am playing next to him. Our two beloved Grandmas are watching over us: Józia and Wandzia. Always on “madam”, perfectly behaved. Our parents are away: Daddy is in the army, Mummy is in the chemist’s. Quiet, pleasant… Suddenly a crash, a terrible flash, Marek claps his hands, I scream. The Grandmas jumped up, Wandzia knocked over the torch tree, Józia threw a bucket from the kitchen… Flood, ruins. Neither Marek nor I understood any of this, but Mummy later despaired like a child: she worked on decorations, dolls, chains all Advent.

She wanted the children to have nice things. Apparently she never made such successful ones after that. And the poor Grandmas were so ashamed of their inattention that no one talked about the fire for too long.

Another picture: we already have a second brother, there are three of us, Marcin walks perfectly, so it is 1950. By the way, we have to admit that our parents had a great time with our joy and heated up the atmosphere of the sacred and mysterious. And so, early in the morning on December 24th, Mommy jumped out of bed at the sound of the pearly bells. (I wonder who called, Daddy was sleeping blissfully, calling: „do you hear the rustle of wings? The angels are already flying away”. Of course we heard. Terrified, with beating hearts, in long nightgowns we rushed to the big room, where now under the window stood a wonderful, huge Christmas tree-fir tree. And how fabulously decorated, and how lit (again those candles!!), how fragrant. And the presents!! I remember this joy. We didn’t know where to start, what to unpack, what to enjoy. And the joy of Beloved Parents! It is impossible to describe. I see Marek walking around the tree with a tiny, green stick, me with a doll dressed in a change of dresses (this is again „Grandma Wanda’s doing”), Marcin lies among the lambs cut out by Mummy, and Daddy says: „this is another lamb”. There is freezing, the stove not yet lit, outside, of course snow and frost. But no one pays attention to it. Only Marcin has white tights, which in a moment were the colour of sand….

The tree is hung with candies in special, shiny wrappers, apples, and even 3 oranges?? (Maybe I’m wrong, because where could that be?). We ate the candies right away, leaving the „thick” wrappers (to the despair of the parents due to their educational fiasco).

Daddy, tired after decorating the tree at night, quietly went to lie down, „for a second.” But no way. We kept running: „let Daddy look”: Mr. Negro Jesus”,  and „a monkey on a swing”, and so on for that unfortunate second. Daddy pretended to be increasingly suppressed delight at our discoveries, and we rushed downstairs to Grandma Wanda and Grandpa Franio. Were there angels with them too? Yes, they answered, but they didn’t leave any presents. We sympathized with the poor people, but only for a short while, because on their Christmas tree, standing on a small table in the living room, there were also many wonders to watch and even play with on the sly. Daddy grumbled: „Why so much cotton? (it was supposedly snow) For a new fire?” And one day there was, but a tiny one. Tradition.

Grandma Kinia (our real sister, Józia, but we also called her grandma and loved her just the same) came upstairs. She took out trinkets from her bag that „the angels had lost along the way”. I remember a bag with hazelnuts wrapped in colorful paper. It hung on my tree until recently… until it fell apart from age, and my Kasia made one just like it, as a souvenir.

The day had no end to pleasures. At Zochna’s, our friend next door, there was a Christmas tree hung with whole chocolates and baubles the size of today’s citrus fruits. Her mother was very proud. Although the whole family was nestled in the kitchen, and you could only enter the large room for a moment (you’ll get it dirty!!), that day she let us sit for a while. There was a presentation of gifts. Fortunately, I don’t remember any rivalry or jealousy. You could get so little back then. We enjoyed sweets, coloring books, collages.

At 5 p.m. we sat down for Christmas Eve, downstairs. There we called wilji (a Galician regionalism). The lamp was decorated with a chain made by grandma

the best service to use, the best cutlery, of course – goats. We felt the importance of the moment and were good from the moment of the wafer. There was no question of grimacing: borscht with dumplings is my delicacy to this day, and so are pierogi with cabbage. Mummy’s nightmare was fish, river fish, with bones: „be careful”. But there were no misfortunes. People talked about the lack of these fish all the time, they never had them in the shops!! But everyone somehow managed to cope by telling how big they were “before the war”. But we didn’t like these stories, because what did we care about these unpalatable fish! (Daddy’s ritual question: “why does this carp stink so much?”)

Zosia and Józia, our Beloved and Kindest Nannies also had their own Christmas Eve, and sometimes we would throw them some of our chocolates, and once even oranges, and we would listen to how it was in Bartkówka, a village beyond the San River where they both came from.

I went to the Christmas Eve mass as a 7-year-old child, so in 1953. But more about that in a moment, because it is appropriate to add “ice coffee” in the manor.

This coffee was the apogee of the manor house party organized according to old, gentry customs: the priest and vicars invited, sheaves of 4 grains in the corners, a huge strudel in the middle of the table, under the tablecloth as much hay as in the manger. As the granddaughter of the heir, Mom was invited to the manor for iced coffee, with the whole new family. We walked to the old house surrounded by huge trees, through the town, the river, with enthusiasm, always in deep snow. I think Grandpa Franio stayed at home, in the pharmacy. This snow was too much for him, the fat boy. But Grandma Wandzia, although still in deep mourning for her 19-year-old son, Staszek, murdered in Auschwitz in 1941, in pearls on a black dress, silent, smiling sadly, was always with us, until 1970. She sat in the first place, and everyone admired her beauty and tact. She never paid us any attention, although we, fidgeters with Marcin, had to deviate from her canons of good manners. Mareczek, her favorite, was a different matter! At the large table, in the largest room of the manor, in 1952, sat great-grandfather Stefan Trzecieski (died in 1953), bearded, lost in thought, not noticing this little “Kaziów”, both Grandmas Kinia and Józia, grandfather Kalunio Paygert, Józia’s husband, aunts: Hania Trzecieska and Jańcia Jaszczurowska, Stefan’s sister, and parish priest Michał Bar with vicars: Jan Śmietana and Czesław Korczykowski. (Later, after Stefan’s death in 1953, the Orłoś family joined this group, renting two rooms in the manor.) The delicacies were prepared by our beloved Nanny Helcia Kamińska. The nicest member of our family, the most faithful Friend. Her coffee with whipped, frozen cream was a delicacy even for us little ones, who knew a thing or two about coffee. But coffee was regularly sent from Belgium by Kinia and Józia’s brother, Jakub Trzecieski. But he never came.

After coffee, Kalunio would sneak away to his little room to listen to „London” – a bit of reliable information about the world. He listened in the flood of drowning out radio crackles, but he always listened with hope (for the young people reading, I will add that we were wrapped in a tight information curtain. We knew nothing about what was going on and there was no hope for it), and we would start singing carols loudly. The Trzecieskis, gifted with a great ear, sang brilliantly and with enthusiasm, and we learned all the carols then.

        I looked through the windows: it was dark all around, a snow-covered garden, branches of old trees creaking from the frost, silence… There were no lights in the houses, only sometimes a Christmas tree lit with a few candles would shine from the windows. It added charm to the moment, created an atmosphere that I was always sensitive to This group of people incredibly close to me were all displaced from their places of residence (Podolia, Pokucie, Lviv), disinherited from everything, surrounded by a sea of ​​hating former landowners – communists, living very modestly, not to mention in poverty every day. But no one lost their sense of dignity, loyalty to their principles and values. They became role models for us all our lives. I would like them to become such for our youngest as well.

After ten o’clock, my parents gave the sign to retreat.

I begged that I wanted to go to the midnight mass. Mummy didn’t like it. „You’ll be sleep-deprived and unbearable”. But I had an ally in Grandma Kinia. And in 1953, I went to it for the first time in the company of Daddy. I don’t remember how my poor brothers endured it.

But I will never forget the midnight mass, that first one. The church was packed, especially by the inhabitants of the village of Bartkówka beyond the San (there was no bridge. You had to go by boat or walk on ice), the church walls were frosted, but the steam from the mouths of those singing carols quickly melted them. There probably wasn’t electricity yet, so the candles were sizzling…

The wonderful organist, Augustyn Potoczny (incidentally, my future father-in-law’s cousin), with his incomparable bass, perfectly audible, although without a microphone, initiated: „Amid the silence of the night”. The loud singing of the faithful proved that people exhausted by war needed such consolation so much that they saw their hope in the Newborn… The Holy Mass was naturally in Latin, with our backs to the faithful, so we sang non-stop except for the Gospel and the Elevation. But those were the times, especially before the Council.

I returned home full of impressions and emotion, with the resolution to always participate in the Midnight Mass. And so it is, although not in Dynów anymore.

The 1950s, the ones I described, were slowly fading into history. There were fewer and fewer of us at the villa: Great-grandfather Stefan Trzecieski died, as did his sister, Aunt Jańcia Jaszczurowska, grandfather Kalunio Paygert, and in the pharmacy, Grandpa Franio Baraniecki.

We, that is, my brothers and I, always came home from Warsaw for the holidays in the 1960s, where we went to high school, then to university. And when we started our own families, it happened less often. In 1971, Grandma Wandzia Baraniecka, previously old Zosia Siry, died, Józia married Mr. Żurawski. The house was empty, my parents went to dinner at the manor. There, customs and traditions were preserved regardless of old age or lack of strength. I don’t remember if any of us took part in them? We didn’t take pictures, and my memory fails me. What a pity. But Mummy described everything to us in long letters. While reading them, I could feel the unique atmosphere of „our manor”. In the 80s, everything ended: Grandmas Józia and Kinia, then Aunt Hania and Helcia passed away, Parents moved to Warsaw, Mark and Marcin moved to Canada. Our Kasia also got married there. Christmas Eves, yes, Christmas Eves now, were held in Michalin. My Andrzej would bring his parents from Grottger, beloved ones, always loaded with presents, and Mummy with dumplings for borscht, my mother-in-law, Maria Witkowska, would prepare a „Galician” menu, as she herself came from Przemyśl and then Lviv. We, especially Daddy, really enjoyed it, and she was able to conjure up treats out of nothing. We tried to revive the old atmosphere, but „you can’t enter the same river twice”, it wasn’t the same as there, in Dynów…

And then in the 90s Agnieszka appeared among us, and my mother-in-law passed away, then Daddy. News and photos of the next weddings of my brothers’ children began to reach us from Canada. Our grandchildren were born, Franio and Jasio were the first, the most receptive to my stories about the old days…

History comes full circle…

I am attaching some photos of our Christmas tree decorations to the text, very, very old, but which I keep as a precious souvenir or illustration: a candlestick with a real candle.

I am counting on help in translating the text into English. Maybe someone from the younger generation will be interested in it. Maybe it will inspire a trip to Dynów??

Marek and Marcin, I am waiting for your comments so that I can add something that you have remembered and I have missed. Alu, Krysia and my Dear Husband! Thank you for raising children in respect for tradition, history and attention to our Ancestors and the values ​​that they passed on to us.

Michalin, December 2024

Supplement to the text „Christmas – memories from Dynów’s childhood” – Maria Baraniecka-Witkowska

And now the answers to the questions and additions to the text.

My son Tytus asked about the „Sokół” auditorium. He remembers it from the 70s as a cinema auditorium. Sokół was an organization combining sports and military service, paramilitary, founded in the 1930s.

After the war, when the fight against everything pre-war began, even in the 1940s they allowed a little (for example, President Bierut led Primate Hlond by the arm during the Corpus Christi procession. Curiosum!!!).

So the meeting room of this Sokół was designated in 1947 for the visit of Saint Nicholas, and not Grandpa Mróz, as it was later, to the indignation of the older generation. And this Saint was dressed like a bishop: robes, miter, crozier.

Then the priests wanted to „transfer” this figure to the church, to the sacristy for altar boys, as Marcin recalls.

Marek rightly noticed that the church had electricity from our early childhood, but the candles were changed to wax candles only by a council decree (i.e. after 1965). Previously, they were tall, but electric. That’s exactly what I have in mind.

Supposedly the first tree downstairs at Grandpa’s stood on a piano. I don’t remember that. Although the fires of the second one, in the living room, near the windows with abundant curtains – yes.

And now Marcin’s memories:

„One Christmas we got beautiful presents – you skis, Marek skates, and I a sleigh.

They were truly wonderful sleighs and I rode them for a long time. I broke them all the time, but then the carpenter Drelinkiewicz from Zabram came to the rescue, who for five or seven zlotys repaired them and they were as good as new.

I always remember that moment when in the early morning – dark and frosty – the double doors of the parents’ bedroom opened! The anticipation, the tension could not be compared to anything!

And then the doors opened and the wonderful Christmas tree glowed as if enchanted. I found a bell under Daddy’s pillow but I did not associate it with Angels at all. The angels had their own little bells!!!

After Christmas Eve at the manor, Daddy would bring „mossy” wine and we would drink it in thin glasses to „wash down” the Christmas Eve gluttony.

I used to go to Bartkówka to get pike across the frozen San to a peasant. It was a long way but oh so wonderful!

At the Christmas Eve mass I sat squeezed between Grandma Józia and Grandpa Kalunia and I was warm and cozy, while in the church the cold was unbearable and clouds of steam escaped from the throats of those singing carols.

„Brothers – look only!” thundered from the choir where a male band conducted by Mr. Dymczak honored the Christmas Eve mass with their singing.

Sheaves of grain in the corners of the room where Christmas Eve was, candlesticks on the sideboard, a large standing clock, of course iced coffee, priests…

On the first day of Christmas there was a party at the rectory but not for children. On the second day – St. Stephen’s Day – at our place – downstairs.

The boys would come after carols and perform nativity plays. Death, Herod, the devil and the peasant.

Some time ago Jurek Bułdys wrote to me about how a few weeks before Christmas they were already rehearsing and preparing to go from house to house. I went too, but only with carols and an accordion. Romek Sikorowicz, Wacek Bielawski with an accordion and me.

I also went to Epiphany with Marek Witkowski. His father would then paint our faces with „theatrical crayons” that he had „from Lviv”. ”

Marcin’s further memories:

The cabbage stood in the kitchen, in a huge barrel. Crushed by a boulder. Previously, it had been chopped on a large shredder, on which Józia sat astride. Then this cabbage (not Józia!), was mixed with carrots and something else and in its moisture it came to a wonderful taste.

Excellent for a hangover! Józia’s brother, who once came to do some work for us, couldn’t get enough of it. „Józia, give me some more of that cabbage,” he would say, tears dripping from his eyes. She was so strong!

„Dried apples” were drying on the stove, to which we would climb on the „ottoman,” as Józia called the devilishly hard bench with backrests, where she usually slept.

The dried apples were wonderful sweets for us, but there were better desserts for Christmas, which you surely know better than I do.

A large jar of herring on the sideboard. It stood there for days. My Krysia wondered how it was possible that they didn’t spoil. I asked Daddy about it and he sent me the recipe for how it was made. I still have it.

And another:

Grandma Wandzia spread honey on Christmas Eve wafers. A sandwich. They were brought by the organist Potoczny or Kubuś Dźwigaj.

There were figs on the tree. Something delicious!

The tree in the manor was not very pretty. It was definitely uglier than ours.

One day, Marychna, you brought news that some friend of yours had no candy on her tree, only pieces of potatoes wrapped in tissue paper. We were horrified by this misery. Mummy prepared something for this family.

The tree stood until Candlemas. Then we waited for Ash Wednesday.

On the Feast of the Three Kings, Daddy gave us incense, which we poured onto the hot coals from the stove onto a shovel and chased it from bottom to top and top to bottom, fumigating every corner. The incense was made by a chemist. All natural.

Next:

The Christmas scenery was also very nice. It was ours, Polish, homely and family-like.

Horse-drawn sleighs, to which I often clung and thus traveled „the world’s way”, brought people from distant villages and hamlets to the church for the celebrations.

The church was packed to the point of creaking.

The altar boys had a lot of work. This is a separate topic. Altar boys in Latin and a multitude of tasks that had to be performed.

Forcing your way through the dense crowd to clear a path for the priest collecting money for the collection plate was a job in itself.